niedziela, 17 kwietnia 2016

Czas na relaks #13


Czwartek zbliża się wielkimi krokami, dzień mojej "egzekucji", zabiegu - i w zasadzie jest jedynym, o czym potrafię teraz myśleć. Tak, boję się jak cholera. Boję się krwi, bólu, procesu gojenia. Boję się, że coś pójdzie nie tak. Boję się, że coś bardzo pójdzie nie tak... Ja nie chcę. Ja jestem za młoda... ;) No niestety, jak widać, czwartek jest w zasadzie jedyną myślą, która zaprząta teraz moją głowę... Ale żeby aż tak bardzo się na tym nie koncentrować, to na wszelkie sposoby próbuję się od tego oderwać. I miniony tydzień jest tego najlepszym przykładem...

Było... intensywnie. Zajęć i zobowiązań nagromadziło się w ostatnich dniach tyle, że nie miałam ani chwili wytchnienia, ani chwili tylko dla siebie. Ciągle coś, ciągle czymś musiałam się zajmować, ciągle czemuś musiałam poświęcać swój czas i uwagę. I to nie temu, czemu bym chciała. No czyli norma.

Poniedziałek, jeszcze w domu, spędzony był nad ogarnianiem całego tego uczelnianego bajzlu. Pisałam, czytałam, uzupełniałam, wypełniałam, drukowałam, masakra...

Wtorek był dniem powrotu do studenckich czterech ścian. Wtorek był dniem, w którym nie pogardziłabym zmieniaczem czasu, jaki miała Hermiona w trzeciej części Harry'ego Pottera.. Serio uczelniane władze myślą, że jesteśmy w stanie się rozdwoić i pojawić w dwóch różnych miejscach jednocześnie? No chyba nie, moi drodzy, no chyba nie... -.-

W tym obowiązkowa wizyta w teatrze, na którą nie miałam najmniejszej ochoty, no i narzucony odgórnie spektakl, na który ochoty również nie odnotowano, eh. Nie rozumiem sztuki nowoczesnej, przepraszam.

Znów dokucza mi gardło i te wszystkie około-przeziębieniowe atrakcje. Ja już sama nie wiem. Kiedyś chorowało się raz do roku, teraz średnio raz w miesiącu. Mam dość. Po prostu jedno wielkie serdeczne mam dość -.-

Męcząca jak zwykle środa została fantazyjnie uzupełniona o dwa dodatkowe wykłady - taak, obecność obowiązkowa. Uwielbiam te ponad dwunastogodzinne wypady na miasto, uwielbiam.

Z czwartkiem i piątkiem również lepiej nie było. Upłynęły pod znakiem syzyfowej pracy, ślęczenia w bibliotekach, dziubaniu pracy.

No tylko weekend odrobinę uratował sprawę. Chociaż niewiele, nastrój jak siadł, tak siedzi sobie nadal. Najchętniej zaszyłabym się gdzieś pod kocykiem, z dala od jakiejkolwiek innej formy życia. Ludzie mnie męczą ostatnimi czasy, nawet bardzo. A tu nie sposób od nich uciec. Ani od samej siebie...

Boję się czwartku. No nie potrafię o tym nie myśleć...

Nie widzę najmniejszego sensu w tym wszystkim, co robię. Czuję się źle. I czekam na koniec sama już nie wiem czego.

Poddaję się. Siema, deprecho.

6 komentarzy:

  1. Super post ! :) Oby takich jak najwięcej ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Głowa do góry, będzie dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Trzymam kciuki aby wszystko poszło dobrze :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czego tak się boisz, że przeraża Cię sama myśl o tym dniu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drobna interwencja chirurgiczna. Niby prosty zabieg, ale i tak nic nie jest w stanie mnie przekonać, że nie ma się czego bać ;p

      Usuń

Cześć! Bardzo mi miło, że poświęciłeś swój czas na przeczytanie tego, co miałam do powiedzenia. Chętnie odwdzięczę się i przeczytam, co do powiedzenia masz Ty :) Skoro i tak już tu jesteś, to zostaw po sobie tych kilka słów, dzięki czemu i ja będę mogła trafić do Ciebie. Do następnego czytania, pozdrawiam i życzę miłego dnia! ;)